Lifestyle

Co robić, gdy dopada Cię internetowy kryzys twórczy?

12 listopada 2018

Trochę minęło. Nawet bardzo minęło. Ale czasem tak jest, że lepiej nie zrobić nic lub zrobić niewiele, niż zrobić byle jak. Właśnie ta myśl towarzyszyła mi przez ostatnie tygodnie i stąd ta cisza, zarówno w social mediach i na blogu. Cisza spowodowana trochę nadmiarem pracy, a trochę brakiem inspiracji. Przeczytałam za to tak dużo książek jak dawno nie. Większość  obyczajowych, co nie zdarza mi się tak często, bo mam w zwyczaju przeplatać jedną obyczajową z jedną rozwojową. Teraz jednak mój kryzys przeniósł się także na książki rozwojowe 😉Im dłużej to trwało, tym bardziej skłaniało mnie to do refleksji z cyklu „o co tutaj, kurde, chodzi?”. W sumie doszłam do ciekawych wniosków i pomyślałam, że może się podzielę, bo czy mnie jedną dopada czasem kryzys? Pewnie nie… A przynajmniej taką mam nadzieję. Bo okazało się po wszystkim, że kryzys twórczy może być … twórczy!

Poszukiwanie sensu

Kiedy mój kryzys twórczo-internetowy się przedłużał, zaczęłam naprawdę zadawać sobie egzystencjalne pytania. Wiesz, takie typu „czy ja w ogóle powinnam to robić?”, „a może to nie biznes dla mnie?” albo „skoro ja robię to dopiero od niecałych dwóch lat i mam kryzys, to co będzie dalej?”. Oczywiście, im więcej tych pytań pojawiało się w mojej głowie i im bardziej „uderzały” we mnie, jeśli chodzi o ich głębię, tym gorsze były efekty moich prób powrotów. Błędne koło wieńczyła tabliczka z napisem „YOU SUCK”, które przybierała różnego rodzaju formy i epitety, zależnie od etapu. I tutaj przyszedł mi z pomocą mindfulness i powiedzenie sobie STOP. Stop zastanawianiu się co będzie, co było, co mogłoby być, czego nie ma, czego być może nie będzie etc. Słowem: wróciłam do tu i teraz. A jeśli tu i teraz mam potrzebę wycofania i nabrania dystansu to… najwyraźniej tak powinnam zrobić.

Trójkąt i okrągły otwór

Cała ta sytuacja zaczęła przypominać mi jedną z moich ulubionych metafor przeciskania trójkąta przez okrągły otwór. Po pierwsze to ciężka i męcząca robota. Po drugie, jeśli się uda to najpewniej trójkąt straci swoje piękne rogi, a i okrąg może się nadszarpnąć. W końcowym rezultacie trójkąt nie jest już trójkątem, bo zmienił swoją formę w dość bolesny sposób. Postanowiłam więc przestać przepychać samą siebie przez nieodpowiedni otwór i uszanować to, co dla mnie ważne. Przed rozpoczęciem przygody z blogiem nie miałam nawet Facebooka. Codzienne obcowanie z social mediami nie było i nie jest dla mnie normą. Dlaczego więc mam stosować na sobie dziką presję publikowania codziennie, jeśli nie zawsze mogę i chcę to robić? Dlatego, że tak głoszą znawcy tematu? Znawcy tematu znają przecież social media, ale nie znają mnie. Więc ostatnie słowo należy tu do mnie. Szukałam jednak rozwiązania, które pomoże mi  być z Tobą w kontakcie, ale jednak nie podporządkowywać temu całego życia. Dla mnie to co innego odpowiedzieć na ciekawy komentarz, a co innego głowić się nad wymyślaniem postów. Zaczęłam przeglądać programy do planowania treści w mediach społecznościowych. To, co wcześniej wydawało mi się „mało spontaniczne” i „słabe” okazuje się być wspaniałą metodą, by zawsze podzielić się tym, co dla mnie ważne. Wcześniej, kiedy nachodziła mnie ochota napisania posta, ale tego dnia napisałam już inny, zazwyczaj mówiłam do siebie w duchu „OK, to jutro się tym podzielę”. Jutro jednak przychodziły nowe myśli, którym wczorajsze ustępowały miejsca. W rezultacie był cały szereg fajnych i wartościowych moim zdaniem rzeczy, które nigdy nie trafiały na mój Instagram czy Facebooka. Teraz planuję od razu na konkretny dzień. A jeśli tego dnia przyjdzie mi coś na szybko, na czasie, na już, to … Po prostu  napiszę kolejny post. Dzięki temu czuję, że dzielę się tym, co ważne, ale też nie jestem przywiązana do social mediów, ponieważ moje publikacje pojawiają się regularnie, dzięki wcześniejszemu planowaniu.

Nowe pomysły przychodzą z ciszy

Bardzo ciężko uruchomić kreatywność kiedy ganiasz z kąta w kąt. Im więcej presji, aby wpaść na jakiś fajny pomysł, tym mniej inspiracji pojawia się w głowie. Kreatywność nie jest na każde zawołanie. Potrzebujesz do niej chwili spokoju i usłyszenia siebie i tego, co chcesz zaoferować światu. Momenty wyciszenia, ale paradoksalnie i nudy mogą prowadzić do wyjątkowych idei! W moim kryzysie odkryłam, że ilekroć daję sobie szansę trochę luzu i pozwalam sobie się ponudzić, zaraz mam przypływ naprawdę fajnych pomysłów. Czasem taka stopklatka owocuje pomysłami na kolejne parę tygodni, a wymuszona burza mózgu prowadzi jedynie do frustracji i jeszcze większego zniechęcenia.

To, co działa zawsze i wszędzie!

Mój mały kryzys pozwolił mi zauważyć jeszcze jedną rzecz. Coś, co naprawdę działa zawsze i wszędzie, choć zdarza mi sie o tym zapominać. To magiczne „wyluzuj się”. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Jak się wyluzować, kiedy dopada Cię zwątpienie w sens całego Wszechświata i czujesz się zagubiony i pełen niepokoju? U mnie sprawdza się wrócenie do poczucia wdzięczności. Cieszę się, że mam zdrowe i mobilne ciało, rodzinę, dach nad głową i ciepłą wodę w kranie. Wyszukuję małych rzeczy, które są ok. Myślę o tym, co już udało mi się osiągnąć, zamiast myśleć o tym, czego nie zrobiłam. Pytam siebie na co mam ochotę, zamiast na co nie mam ochoty. To działa jak herbata z imbirem i cytryną na przeziębienie. Jak ciepły koc w jesienne wieczory. Jak Netflix (tutaj nie potrzeba nawet żadnych dodatków 😉 ). Jeśli Twój umysł i Twoje ciało mówi Ci NIE CHCĘ (a zwłaszcza pod koniec roku), to najlepszym pomysłem jest go wysłuchać. Bo najważniejsze w życiu to zadbać o siebie i o swój wewnętrzny spokój, czego Ci bardzo mocno życzę.

P.S. I jeszcze jedno: sukcesywna praca i tak przyniesie owoce, nawet jeśli czasem masz parę słabszych dni. Bo rok ma ich 365 (w porywach do 366) i liczy się to, co robisz przez większość tych dni, a nie przez jeden tydzień.

    Leave a Reply