Joga Lifestyle Mindfulness

O oporowaniu na macie i w życiu

13 września 2018

Jakby się tak głębiej zastanowić, to każdy z nas czasem stawia opór. Opór jest dobry. W coachingu wytycza czasem kierunek, w którym warto pójść. Pomaga zrozumieć samego siebie. Wspiera w odnajdywaniu blokad. Opór nie jest czymś, czego trzeba się obawiać. To nieświadomość dotycząca swojego własnego oporu jest ryzykowna. Bo wtedy opór nie buduje, a niszczy. I to jakby bez naszego udziału, choć to my jesteśmy za to odpowiedzialni.

Jak odkrywać własny opór?

Mówi się, że “czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”. W kwestii oporu nie szłabym jednak w tym kierunku. Opór może być bowiem dosyć destrukcyjny, kiedy nie mamy świadomości jego istnienia. Spokojnie, nie zagraża on życiu, ani zdrowiu (choć może zdrowiu czasem tak… ), jego destrukcyjność polega raczej na tym, że nie mamy dostępu do całego ogromu informacji o sobie samym. Zgadzam się, że czasem życie w słodkiej nieświadomości może być przyjemne i kto chciałby ten stan zachować, niech nie czyta dalej. Bo dalej będzie już tylko o tym jak odkrywać opór, nawet kiedy wydaje nam się, że wszystko jest “taaaaaaaak baaaaaaaaaaaaaaaardzo spoko”, a my jesteśmy mistrzami płynięcia z naszym życiowym flow. Nie ma co wariować i poszukiwać oporu na każdym kroku, jednak skierowana na siebie uważność może być naprawdę dobrym drogowskazem na drodze do budowania swojego życia, takiego, jakiego chcesz!

Mata do jogi prawdę Ci powie

Tak, jednym z najłatwiejszych sposobów odkrywania naszych blokad jest… mata do jogi (wiem, danie maty do podtytułu zabiło suspens, ale trudno!). Może ona być fantastycznym miejscem do sprawdzania, gdzie nas coś trzyma i nie mam tutaj na myśli ściegień i przyczepów mięśniowych. Jak zawsze najłatwiej na przykładzie: jakiś czas temu miałam trochę trudniejszy czas. Taki, kiedy nic Ci się nie chce, włosy masz potargane i guzik wszystkim do tego, a ulubiony strój to dres, bo przecież to normalne ubranie, tyle, że z trochę innego materiału niż nosi większość ludzi w godzinach pracy. Czas ten spowodowany był dużym zagubieniem w aspekcie tego, co chcę, a co wydaje mi się, że powinnam robić. Uznałam, że najbezpieczniej wtedy robić niewiele 😉 z praktyką jogi trzymałam się dzielnie, ale… Co to była za praktyka! 90% pozycji relaksacyjnych, 10% innych mniej ambitnych. I sama myśl, że warto byłoby powstać i zrobić chociaż ze trzy stojące asany wydawała mi się wtedy dosyć zabawna. Czasami miałam trochę wyrzutów sumienia, że cała sesja jest mało rozwijająca, z drugiej strony podjęcie rękawicy i stanięcie twarzą w twarz z własnym oporem wydawało mi się wtedy nie do zrobienia. W gruncie rzeczy sesja się odbyła, a ja mogłam trochę pooszukiwać samą siebie, że podjęłam określony wysiłek. Trwało to jakiś czas. Najpierw zauważałam to czasem, ale sprytny umysł zawsze podawał przyczynę- “wczoraj miałam męczący dzień”, “miesiączka”, “przecież słucham ciała i skoro to mi podpowiada, to co robić?” i cały szereg innych. Im dłużej to jednak trwało, tym bardziej zaczęłam obserwować związek między tym, co na macie, a tym, co w życiu. Zaczęłam wtedy testować- co stanie się, jeśli jednak się zmobilizuję i zrobię kilka pozycji, albo z góry zaplanuję wszystkie pozycje z praktyki i po prostu, bez zbędnych negocjacji, je wykonam? Wnioski były zabawne- im lepsza poranna praktyka, tym bardziej byłam efektywna w ciągu dnia. I ta efektywność była bardzo przyjemna- po prostu z zapałem odznaczałam zadania z listy i czułam naprawdę ogromną satysfakcję pod koniec dnia. Nie chodziło tutaj tylko o pracę- moje “rozwleczenie” przejawiało się w wielu innych aspektach- pranie czekające 3 dni w pralce, aż ustawię odpowiedni program (co zajmuje mniej więcej 5-8 sekund, czyli jest naprawdę wielkim zadaniem! 😉 ), oddanie książki do biblioteki (bo trzeba by iść do niej 15 minut i jeszcze kolejne tyle na powrót!) i podobne zadania nie będące wielkimi pochłaniaczami czasu. Kiedy zaczęłam się nad tym zastanawiać, porównałam to do takiego “oporu przed codziennością”, czyli oporu przed wszystkimi drobnymi zadaniami, które ją budują. A kiedy taki opór się pojawia, to im szybciej się go pozbędziemy, tym lepiej dla nas i dla otoczenia.

Tak dużo czasu, że chyba się nie wyrobię

Na pewno znasz ten syndrom, że im więcej masz czasu, tym mniej jesteś w stanie dokonać. Dajmy na to, że w ciągu dnia masz do zrobienia dwa ważne zadania. To poczucie, że tak naprawdę niewiele jest do zrobienia i nie trzeba się bardzo śpieszyć często sprawia, że nawet jeśli usiądziesz do nich od rana, każde z nich będzie wlokło się w nieskończoność, a Ty odpiszesz po drodze na masę maili, skomentujesz wszystkie zdjęcia na fejsbuku i znajdziesz ciekawe przepisy na obiady na kolejny tydzień. Innym elementem, który często się wtedy pojawia jest nadmierny perfekcjonizm i szukanie dziury w całym. Czyli zamiast po prostu wykonać zadanie, rozkładamy je na czynniki pierwsze, zastanawiamy się jaka strategia wykonania byłaby tutaj najlepsza oraz poprawiamy w nieskończoność każdy najdrobniejszy element. Chcę, żebyś dobrze mnie zrozumiała- wysoka jakość wykonywanych przez nas działań jest naprawdę ważna. Ale kiedy 2 cm w tą, czy w drugą lub jeden przecinek rośnie do rangi być albo nie być to… Chyba nie warto, co?

Jak się przed tym uchronić? Ustal ramy czasowe. Określ, ile mniej więcej czasu potrzebujesz na dane zadanie. Możesz także zrobić niewielką “zakładkę”, która zależna będzie od bazy czasowej (dla godziny może to być 10 minut, ale dla 3 godzin będzie to już odpowiednio większa wartość). Rozplanuj to w ciągu dnia, a pozostałą część śmiało wypełnij tym, co chcesz robić poza tym. Ja w najbardziej opornym momencie wpisywałam sobie nawet czytanie książki do kalendarza. To wszystko po to, aby mój umysł podświadomy nie grał ze mną w grę pod tytułem “Jak wypełnić dzień dwoma zadaniami”. A zdarzało się i tak. O ile łatwiej byłoby po prostu określić czas potrzebny na każde zadanie, wyłączyć wszystkie dystraktory, wykonać je i po prostu kontynuować swój dzień z lekkością na duchu. Wiele z nas nie działa jednak w ten sposób. I teraz zobacz, czy przyjemnie Ci się rozpraszać, czując, że powinieneś robić coś zupełnie innego, a potem pod wieczór szybko i w stresie kończyć to, co niezbędne? Dla naszego ciała i umysłu jest to trudne do zniesienia, chociaż sami sobie to serwujemy. Jaki jest rezultat? Ciągłe zmęczenie (bo mimo, że nie robimy zbyt wiele, presja tego, że trzeba coś zrobić jest ciągle nad nami i to nie pozwala nam się w pełni zrelaksować), zniechęcenie i kolejny dzień, który wygląda tak samo, bo mamy w sobie “przepracowanie” z dnia poprzedniego.

Niezawodny sposób na opór

Robić! Wiem, jest to banalne, ale za to jakie skuteczne! Najczęstszym problemem wszelakich list zadań jest to, że planujemy bez końca, ale WCALE TYCH ZADAŃ NIE WYKONUJEMY. Co stawia pod znakiem zapytania całe planowanie. Jesteśmy w czasie wszechobecnej mody na checklisty, planowanie i szaloną efektywność. Tylko do czego nam ona służy? Do stania się superbohaterem, czy do tego, żeby wieść spokojne i radosne życie? Jeśli to drugie, to działaj wystarczająco efektywnie, odpoczywaj wystarczająco dużo i ucz się rozpoznawać swój opór i jego przyczyny, bo kiedy już go złapiesz, to bardzo łatwo się z nim uporać. 

Lekkości, 

    Leave a Reply