Lifestyle Podróże

Jak NIE zwiedzać Lizbony, czyli antyprzewodnik podróżnika

3 czerwca 2018

Och, jak długo chciałam zobaczyć Lizbonę. Mimo pieciu wizyt w Portugalii i dzięki zwiedzaniu z tubylcami zobaczeniu wielu miejsc, do których nigdy nie dotarłby przeciętny turysta, Lizbona nadal pozostawała niepodbita. I chociaż definitywnie jestem #teamporto, to przy każdych odwiedzinach w Portugalii, jakoś do Lizbony mnie ciągnęło. W tym roku w końcu mi się to udało 🙂

Wizyta była bardzo krótka (niewiele ponad jeden dzień) i pojechałam tam zupełnie bez przygotowania. Mężczyzna wypisał, swoim zwyczajem, różne ciekawe miejsca do zobaczenia, a ja beztrosko postanowiłam “dać się prowadzić”. Błąd 🙂

Zatem przejdźmy do kluczowej części tego, jak NIE zwiedzać Lizbony: bez przygotowania. Jest w niej tyle do zobaczenia, że naprawdę warto chwilę się zastanowić na czym nam zależy, zanim rzucimy się w wir zwiedzania. Ja tego nie zrobiłam, zatem moja przygoda była mocno przypadkowa. Miało to jednak jedną, ogromną zaletę- robiliśmy dokładnie to, na co mieliśmy ochotę i uważam ten wyjazd za zupełnie wspaniały. Ponadto spędziliśmy tam jeden wieczór i był to jeden z najpiękniejszych wieczór w moim życiu. Zatem po kolei 🙂

Do wylatywaliśmy z Porto, wcześnie rano. Pobudka o 3:00 to nie jest moja ulubiona pora, ale czego się nie robi dla wewnętrznej tęsknoty doświadczania. Dolecieliśmy na miejsce po 7:00 i to, co najbardziej mnie ucieszyło to, że świeciło słońce i pachniało nieziemsko morską wodą. Ostatnie tygodnie w Portugalii były pogodowo średnio i szykowałam się raczej na deszczyk i całodniową ciemność, ale na szczęście wszechświat czuwał i wysłał nam trochę dobrej energii. Poranek akurat zszedł nam na załatwianiu spraw, które były przyczyną wyjazdu, ale po 12:00 byliśmy już wolni, aby nacieszyć się miastem. Zmęczenie dawało o sobie znać- w moim wieku wstawanie po 3 godzinach snu to rzecz niełatwa, nie wspominając o mężczyźnie, który nie tylko wcześnie wstał, ale także był budzony przeze mnie do północy, ponieważ potrzebowałam dokończyć jedną rzecz do pracy, a komputer odmawiał posłuszeństwa. To się nazywa miłość. Postanowiliśmy udać się spacer do centrum, a następnie do Oceanarium, które znajdowało się niedaleko miejsca, gdzie mieliśmy spać.

OCEANARIUM

Kto kocha wodę chociażby w połowie tak mocno jak ja, będzie wniebowzięty. Oceanarium w Lizbonie to naprawdę wspaniała rzecz do zobaczenia. Myślę jednak, że to wizyta przede wszystkim dla tych, którzy mają w nosie nurt ‘zero waste’, segregacje śmieci i temu podobne. Bo kiedy bezpośrednio zobaczysz, co dzieje się na naszej planecie i jaki nasze działania mają na nią wpływ, dużo łatwiej podjąć pewne decyzje, które gdzieś w środku wiemy, że są dobre, ale jednak wymagają od nas trochę poświęcenia, a to nie zawsze łatwo przychodzi. Oceanarium to uczta dla oczu, ale także swojego rodzaju “wake up call”, który pozwala zobaczyć, co możemy przegrać przez nasze wygodnictwo i wewnętrznego leniuszka. Absolutnie polecam dla osób w każdym wieku 🙂

Po tej wizycie poszliśmy się ulokować w naszym mieszkaniu i ucieliśmy sobie krótką drzemkę. Przed nami miał być ważny wieczór.

FADO MENOR- restauracja z muzyką fado na żywo

Po drzemce (która u mnie niestety skończyła się głównie czytaniem książki- spanie po południu to nie moja rzecz, nawet przy dużym zmęczeniu) i odświeżeniu się, wybraliśmy się do restauracji przyjaciół mojego mężczyzny. Razem śpiewali oni w studenckiej grupie muzycznej. W Portugalii praktycznie każdy uniwersytet taką grupę posiada, nazywają się one TUNAs. Jego przyjaciele zostali jednak na stałe powiązani z muzyką- są fadistami i prowadzą własną restaurację w Lizbonie- kolebce muzyki fado. Więcej o fado, możesz przeczytać tutaj.

Po wejściu do restauracji przywitała nas Ana- właścicielka restauracji. Zaprowadziła nas ona do stolika, który był… Tuż obok miejsca dla muzyków, dosłownie jakiś metr od nich. Byłam strasznie tym wszystkim podekscytowana, ponieważ uwielbiam fado i muzykę na żywo, a już fado na żywo jest dla mnie szczytem szczęścia. Właściciel, Vito, przyjaciel mężczyzny, jest w restauracji szefem kuchni. Mężczyzna, wspominając młode lata, zawsze mówił, że Vito świetnie gotował i zawsze był za to odpowiedzialny. To takie fajne, gdy ktoś robi profesję ze swojej pasji i predyspozycji. Uwielbiam na to patrzeć 🙂 Vito doradził nam co zjeść i co było dla mnie największym zaskoczenie- w menu były 2 dania wegetariańskie! Każdy wegetarianin, który był w Portugalii wie, że znalezienie bezmięsnych potraw graniczy z cudem. Dobrze to opisują moje domowe sytuacje- moja teściowa na wieść, że nie jem mięsa powiedziała, że dobrze, w takim razie zrobi kurczaka. Po wyjaśnieniu, że kurczak to także mięso, najpierw nie mogła się temu nadziwić (?!), a potem stwierdziła: ” Ok, zatem ryba”. Podsumowując: sporo zabawnych rozmów za nami 🙂

Zanim nasza kolacja pojawiła się na stole wybrzmiała pierwsza muzyka. To, co było naprawdę super, to fakt, że tego wieczoru zaśpiewały aż 4 osoby, w tym jedna znana portugalska aktorka telewizyjna i teatralna (co mnie nie robiło dużej różnicy, ponieważ oczywiście jej nie znałam :)). A już najwspanialsza część to to, że śpiewają także właściciele- czyli osoba, która doradza Ci co zamówić, proponuje wino i dba o gości za chwilę staje przy muzykach i … śpiewa w taki sposób, że nie możesz oderwać od niej wzroku. A potem wraca do swoich zadań, do żartowania z klientami, do zebrania talerzy (i komplementów!) i do innych przyziemności.

Nie mogłam się temu nadziwić. Przez cały wieczór zagrano 8 setów po 3 utwory. Nadaje to wieczorowi pewien rytm- jest czas jedzenia i kosztowania wspaniałych win, jest czas zasłuchania i wzruszeń z muzyką, jest czas rozmów z właścicielami i innymi gośćmi i znowu czas muzycznych poruszeń. Każdy artysta jest inny, śpiewa zupełnie inaczej, fado to wielkie muzycznej bogactwo- raz jest smutno i wzruszająco, raz wesoło i radośnie, ale zawsze gdzieś przewija się słynne portugalskie saudade. Wieczór w restauracji kończy się po północy. Najciekawszym jego elementem jest to, co dzieje się potem. Kiedy już chcieliśmy wychodzić, Ana powiedziała do mnie, że koniecznie musimy zostać- wieczór dopiero teraz się zaczyna. I tak zaczeliśmy część nieoficjalną- rodzinną kolację właścicieli, ich dzieci oraz pozostałych pracowników restauracji. To czas, kiedy otwierda się butelkę wina, szef kuchni przygotowuje różne przysmaki (Vito przygotował także wersję wegetariańską z dedykacją dla mnie, co bardzo mnie ujęło) i w radosnej atmosferze jest czas na wspominki (mężczyzna i właściciele) i poznawanie się (my i pozostała część załogi restauracji). Czas pełen śmiechu, czasem zdziwionych oczu, a czasem poważnych rozmów o tym, co w kraju, a co poza nim. Dla mnie to jeden z najciekawszych i najpiękniejszych wieczorów w Portugalii do tej pory. Zawsze mnie porusza talent innych osób. I to, że mimo tego, że mają w sobie coś absolutnie niesamowitego, pozostają tacy zwykli i normalni. Myślę, że idąc ulicą pewnie mijamy takich osób wiele, nie mając pojęcia o tym, jak bardzo są wyjątkowi. Wieczór zakończył się późno, a puste poranne ulice Lizbony widziane z samochodu senhor Fernando, który zaoferował się, że nas odwiezie, były piękną kropką nad i.

 

Portugalskie Betlejem i ojczyzna Pasteis de nata

Następnego dnia targani sprzecznościami musieliśmy stworzyć jakiś plan. Czasu było mało, miejsc do zobaczenia dużo. I mimo początkowej, gorączkowej potrzeby zaplanowania czegoś, postawiliśmy jednak na luz. Na to, aby “podoświadczać” miasto, a nie napinać się, aby zobaczyć jak najwięcej. Udaliśmy się zatem do bliskiego Lizbonie Belem- ojczyzny słynnych (i pysznych!) pasteis de nata.

Pastel de nata to małe ciasteczko, które składa się ze wszystkiego, co niezdrowe i jest absolutnie pyszne. Krucha skorupka, przypominająca nieco ciasto francuskie, wypełniona budyniowym kremem na bazie mleka, jajek i nieziemskiej ilości cukru. Ciepłe i posypane cynamonem są warte każdej ilości kilometrów, które należałoby przebiec po zjedzeniu ich. Rozpoczęliśmy nasz spacer od wieży Belem- jednego z zabytków światowego dziedzictwa UNESCO, do której nie weszliśmy, ze względu na czas. Kolejka była na jakieś 100

osób! Jak się miało później okazać- takie same kolejki będą nas czekały w każdym innym miejscu. Dlatego absolutnie na zwiedzanie Lizbony trzeba planować wiecej czasu i spora jego część będzie spędzona na czekaniu, zatem tam, gdzie się da warto kupić bilety online, aby nie czekać. Pospacerowaliśmy wzdłuż brzegu, podziwiając widoki i na zmianę zakładając i ściągając swetry- momentami gorąco i słonecznie, a zaraz ciemnawo i wietrznie. Po chwili dotarliśmy do Pomnika

Odkrywców- betonowej konstrukcji na ponad 50 metrów, upamiętniająca słynnych portugalskich żeglarzy takich jak Henryk Żeglarz, Vasco da Gama, czy Ferdynand Magellan. Stamtąd udaliśmy się pod klasztor Hieronimitów, w którym także zastaliśmy ogromną kolejkę. Następnym razem, pomyślałam sobie. Ale warto zobaczyć go choćby z zewnątrz, ponieważ jest naprawdę imponujący. Reprezentuje styl manueliński, jak wiele innych portugalskich zabytków i jest to coś bardzo różnego od polskich zabytków! Klasztor ten także znajduje się na liście UNESCO. Obowiązkowym punktem wyprawy było spróbowanie

 

Pastel de Belem, w całym kraju znane jako Pastel de nata. Pastel de Belem to nazwa, której używać można jedynie do ciastek wyprodukowanych właśnie w Belem. Udaliśmy się zatem do kolejnego miejsca z wielką kolejką 🙂 Kolejka po ciastka na wynos miała około 40 osób, my jednak weszliśmy d

o środka cukierni, w której stworzono te pyszne ciastka. Jest ona naprawdę ogromna, ale nie będzie to pewnie szczególnym zaskoczeniem, jeśli powiem, że wszystkie stoliki były zajęte 🙂 10 minut czekania i gotowe- siadamy przy malutkim stoliku, by po chwili otrzymać cieplutkie ciacha, kieliszek Porto oraz małą kawę. Żyć, nie umierać. Krótkie to było delektowanie, ponieważ patrzenie na ogonek osób czekających na stolik i nasz podwyższony poziom empatii, nie pozwolił na zasiedzenie się. Poszliśmy więc na autobus, który zabrał nas z powrotem do centrum. Zbliżała się godzina naszego pociągu, a rozsądek podpowiadał, żeby zjeść jakiś obiad. Udaliśmy się więc w miejsce, które przypominało Halę Koszyki, lub Halę Gwardii- hałas nieziemski, ogromna ilość osób i to, co miło mnie zaskoczyło to większość restauracji jednak z portugalskimi specjałami, czego nie można powiedzieć o naszych polskich miejscach. Wycofaliśmy się jednak za chwilę, aby wrócić na jedną z cichych uliczek i zjeść szybki lunch w malutkiej restauracji. Czasu było naprawdę mało, pogoda zrobiła się bardzo ciepła i przyjemna, słońce paliło z taką mocą, że aż chciało się śpiewać. Nasz czas w Lizbonie dobiegał jednak końca, pośpieszyliśmy więc do metra, aby udać się na dworzec. Szanse, że uda nam się zdążyć na planowany pociąg było marne. Odjeżdżał o wpół do szóstej, a z metra mieliśmy wysiąść o 17:26 i stamtąd przedostać się do dworca. Mężczyzna stwierdził, że to na nic i że będziemy musieli udać się kolejnym, postanowiliśmy jednak zrobić test, czy pozytywne myślenie naprawdę działa 😉

Wynik: działa, działa. Nie wiem, czy przez to, że po prostu bardziej mobilizuje, czy faktycznie to jakaś magia, ale coś w tym musi być, bo nie tylko nasza determinacja sięgnęła zenitu, ale także “przypadkowo” stojąc w kolejce po bilet na dwie minut do odjazdu, otworzyło się kolejne okienko, bo ktoś wrócił z przerwy, szukając pociągu wpadliśmy na konduktora, który powiedział, że na nas zaczeka, tylko, żebyśmy się pospieszyli (Portugalia <3) i jakoś tak wcale nietrudno było zdążyć na pociąg, na który przecież teoretycznie zdążyć się nie dało.

I tak nasza podróż do Lizbony dobiegła końca. Ta pierwsza. Bo kolejne na pewno przed nami 🙂

P.S. W portugalskich pociągach z przypisanymi miejscami MUSISZ siedzieć na swoim miejscu, przynajmniej wtedy, kiedy chodzi kontroler. Mogliby się uczyć luzu od naszych kolejarzy 😉

W.

    Leave a Reply